czwartek, 8 grudnia, 2022
Strona głównaPiekielni szefowieSzefowa tyranka na markecie

Szefowa tyranka na markecie

Zatrudniłem się tymczasowo (praca przejściowa, aby nie zostać bez pieniędzy do momentu znalezienia czegoś lepszego) w pewnym markecie i już na samym starcie, dokładnie na rozmowie rekrutacyjnej mnie zdziwiło i wbiło w ziemię.

Sama w sobie rozmowa rodem z amerykańskich filmów, typu „jakim owocem chciałby Pan być”. O dziwo to pytanie się tu nie pojawiło, ale za to zapamiętałem jedno „Jak nas Pan przekona, że to akurat Pan nadaje się na to stanowisko?”. Em, brak wam ludzi stąd otwarta rekrutacja? Zapomnieliście tylko wpisać w ogłoszeniu, by wraz z CV wysłać swój list motywacyjny.

Zostałem od razu przydzielony do działu z napojami i bez żadnego przeszkolenia mam zabrać się do pracy, z czego owa dyrektorka wymagała ode mnie ciężkiej i dokładnej pracy (rozumiem ją, ale powinna też zrozumieć, że nie miałem wcześniejszego doświadczenia ani wyjaśnienia co dokładnie tutaj będzie należeć do moich obowiązków poza „utrzymaniem porządku” – można to interpretować na milion różnych sposobów).

Po jednym dniu współpracownik, który był ze mną na dziale poszedł na urlop, więc zostałem z tym sam i brak jakiejkolwiek pomocy ze strony innych pracowników (a dział naprawdę spory i rozległy, więc w mój czas pracy nie jestem w stanie samemu ogarnąć wszystkiego, a nie przynajmniej na samym początku.

Ach, zapomniałem wspomnieć. Zatrudniłem się na 3/4 etatu więc logiczne jest, że robię po 6h albo 8h i więcej wolnego w tygodniu, ale zaraz po odejściu współpracownika z mojego działu, dyrektorka zarządziła, że mam zostawać po 8h dziennie i pracować 6 dni w tygodniu i nie była to żadna prośba, a rozkaz.

Wytrzymałem dwa tygodnie i prędzej znalazłem pracę, która mi odpowiada pod względem zarobków, godzin pracy i ma znacznie przyjemniejsze opnie, aniżeli market pod okiem dyrektorki-tyranki.

O samej tej kobiecie mógłbym napisać tyle, iż nie chciała pobrudzić sobie rąk, więc chodziła od czasu do czasu między nami wszystkimi i jedyne co robiła to wydzierała się po nas, że jej się tu nie podoba, że to jest źle, tamto jest źle – już nie wyjaśniła jak to ma wyglądać według niej.

Dodatkowo wymagała od nas korzystania z tzw. piesków (elektryczne paleciaki), do których (z tego co mi wiadomo, mimo ich prostej budowy i/lub sposobu korzystania) potrzeba wewnętrznego przeszkolenia, którego jak możecie się domyśleć, nie dostałem.

Od pracowniczek wymagała, aby dźwigały znacznie więcej niż jest to opisane w kodeksie pracy.

Myślałem, że dam rade dociągnąć do tego miesiąca, jednakże się przeliczyłem. W piątek poszło moje wypowiedzenie i też się nasłuchałem. „Pan jest niepoważny/zajął Pan miejsce innym ludziom/takie zachowanie świadczy tylko o tym, że nie ogarniam rzeczywistości”.

Rozumiem, że przysłowiowo kopnąłem ich w dupę, ale wydaję mi się, że mimo wszystko podstawowy wkład pracownika (tj. szkolenia) jest podstawą w jakiejkolwiek pracy. Jako że jestem dość pyskatą osobą, nie pozostawiłem całości bez komentarza, o to nie trzeba się martwić.

Jeśli dotrwałeś/aś do końca to życzę Ci miłego dnia/wieczoru!

MOŻE CI SIĘ RÓWNIEŻ SPODOBAĆ:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

DODAJ SWOJĄ HISTORIĘ

Najpopularniejsze z 7 dni

NAJNOWSZE KOMENTARZE

Robert on Pani Kasia
Grzegorz Brzeczyszczykiewicz on Praca w warsztacie samochodowym w UK
Zombie driver on Klasyczny karynex