sobota, 10 lutego, 2024
Strona głównaPiekielni szefowiePraca na stanowisku wyrobów lokalnych

Praca na stanowisku wyrobów lokalnych

Dawno dawno temu ( w tamty roku od maja do lipca), w mieście gdzie ksiądz na rowerze łapie przestępców, zdarzyło się młodej dziewczynie pracować w pewnym uroczym miejscu.

Otóż sprawa wygląda następująco:

To była moja pierwsza praca, ale żeby się nikt nie oburzył, że gowniara wymyśla, bo się w d*pach poprzewracało.

Zatrudniłam się początkowo na stanowisku wyrobów lokalnych, jakich setki na rynku. Już pierwszego dnia się zaczęło 🙂 Przyszłam na rozmowę o pracę zaraz po zakończeniu roku w liceum więc jeszcze 'na galowo’. Dobrze, że rano zimno było to miałam na sobie dżinsy i koszulę.

Od razu na rozmowie Pani menager zaproponowała mi, że jeśli mam czas to mogę zostać.

Ok, zgodziłam się na 3-4 godziny. Byłam 6.

Moje stanowisko nie było gotowe, więc kazali mi je dokładnie umyć i przygotować. Ok to zrozumiałam… w miarę. Myłam ten szajs 3 godziny pod okiem Pani Menager, bo przed zamknięciem sezonu nikt go nawet nie zlał wodą. Jak wyciągnęli z piwnicy tak postawili. To było stanowisko głównie z cydrem, więc wszystko się lepiło i śmierdziało niemiłosiernie.

Jak już uporałam się z tym, pani menager stwierdziła, że podrzuci mnie swojej prawej ręce – najstarszej kelnerce-i ona znajdzie mi zajęcie. Znalazła… Mycie grilla, który chyba nigdy nie widział wody. Stał pod piwnicą, oblepiony warstwą tłuszczu sprzed chyba 10 lat. Był już przepalony i zardzewiały. No generalnie do w*jebania, ale jak się potem okazało Pan szef gwoździa by w d*pie uciął tylko żeby zaoszczędzić.

Pierwszego dnia (jeśli dobrze pamiętam było to 1 maja) porozkładałam się. Sama miałam dźwigać skrzynki z cydrem, przynieść parasol ogrodowy itd. Ja do małych nie należę. Siły też trochę mam… Ale już pierwszego dnia nabawiłam się naderwania ścięgna w stopie i nadwyrężenia pleców, po staniu 12 godzin w jednym miejscu i dźwiganiu. Ok, może dla kogoś to codzienność, ale ja nigdy w ten sposób nie pracowałam, a zaczęłam z grubej rury.

To była majówka. Zimna jak cholera. Miałam ubrać się ciepło i stać, krzyczeć do przechodniów i zapraszać ich na ten syfiasty cydr bezalkoholowy. Byłam 1-go i 2-go. Poprosiłam o wolne 3-go, bo następnego dnia zaczynały mi się matury. Pani menager była wściekła, że dlaczego ja ją stawiam w takiej sytuacji (uprzedzałam na rozmowie o pracę i nawet przez telefon, że będę miała matury od tego i tego dnia i dopiero po nich mogę zacząć). Trudno niech kogoś szuka xD

Z czasem było tylko gorzej. Nawet jak jest burza, rynek pusty, ani żywej duszy, masz nie siedzieć, bo Pan szef może zobaczyć.

Po jakimś czasie rozłożyli drugi 'kramik’. Pewnego dnia szef ok 19 podszedł do gościa, który tam pracował i powiedział 'Panie X, może Pan zostać do 21?’ Usłyszałam to, bo ten kramik był 15 metrów ode mnie. Tamten stwierdził, że dla niego spoko. Szef wsiadł do fury i pojechał. Zaraz przytupała do mnie menagerka i mówi, że szef każe zostać do 21.

Ja jej wprost zapytałam, czy on sobie żartuje. Rynek pusty. Burza! Ani jednej osoby, a ja mam stać w zimnie następne 3 godziny, a potem składać się następną godzinę w deszczu.

Było sporo takich sytuacji. Kazał mi iść na przeszpiegi pod inne stanowisko, zobaczyć jak ludzie pracują, bo podane ciut niżej moje 'dobre wyniki’ już go nie zadowalały. Nie mógł się nachapać.

Potem recepcjonistki z hotelu chciały mnie na recepcję, bo jestem w miarę ogarnięta, bo mowie po angielsku itd.

Szef nie chciał się zgodzić, bo 'mam dobre wyniki sprzedaży’. W wolnym tłumaczeniu: naciągasz więcej ludzi na kasę.

Na recepcji potrafił się przypieprzyć o wszystko. 'Dlaczego baner z wolnymi pokojami jest nie wystawiony? Wystawiony. Aha… Dobrze.. To proszę nastawić zegar.’

Jednym ze świętych skarbów były krówki. Mam uraz do tych k*rew do końca życia. Stały pod sam sufit na zapleczu na recepcji. Szef przebił sam siebie kiedy już nie miał się o co prz*jebać i stwierdził, że on 20 lat na magazynie pracował i wie, jak policzyć kartony szybciej niż ja. Kazał mi włączyć stoper i się przyglądać. Mi to zajęło niecałe 3 minuty, jemu minuta. Zjechał mnie jak psa o to. Głupia byłam, że się nie odzywałam, bo mnie tak stłamsił. Darł się na mnie przy gościach hotelowych, że on mi wypłaty nie wypłaci, że go na straty narażam. Ze mnie do sądu poda za straty materialne.

Raz kazał mi oglądać monitoring, w których godzinach byłam sprawdzać łazienke obok recepcji. Nikt tam nie wchodził przez cały dzień. Nie była co godzinę tylko co jakieś 3, żeby się nie czepiał. Odliczył mi za pozostałe 🙂 generalnie nie wypłacił mi całości wynagrodzenia na koniec. Musiał skończyć po swojemu 🙂

Nie wytrzymałam długo. 2 albo 3 miesiące obkupione stresem i płaczem..

Ostatnią nockę na recepcji wykorzystałam na porobienie zdjęć.
Jakby ktoś chciał okradać recepcję to się nawet nie musi wysilać, bo sejf cały czas otwarty.

A jak się go zamknie.. To się nie otworzy. 🙂

Jak była burza, to dostałam instrukcje, żeby iść w nocy do piwnicy, wejść na kartony i kraty z piwem i ściągnąć z haczyka nad sufitem wiaderko do którego spływa woda z tarasu przez rurkę w suficie i wylania tego przed piwnicę.

Okna na pierwszym piętrze były połączone z systemem oddymiania, więc jak zaczęła sie burza to o 4 nad ranem musiałam uruchomić alarm przeciwpożarowy i dopiero wtedy zamknąć okna. Bardzo przyjemne dla gości hotelowych.

Porobiłam zdjęcia magazynu, chłodni na kuchni. Wypisałam konkretną liste co się działo.

Stwierdziłam, że jeszcze raz Ty $&#%£ choćby spojrzysz na mnie źle, to z tego Twojego hotelu zostanie karteczka ’ na sprzedaż’

MOŻE CI SIĘ RÓWNIEŻ SPODOBAĆ:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

DODAJ SWOJĄ HISTORIĘ

Najpopularniejsze z 7 dni

NAJNOWSZE KOMENTARZE