poniedziałek, 28 listopada, 2022
Strona głównaPiekielni szefowieStudia i praca jako antropolog i archeolog

Studia i praca jako antropolog i archeolog

Na pierwszym semestrze pracowałam na nocki na recepcji hotelowej, ponieważ nie miałam za bardzo innej opcji przy studiach dziennych, w weekendy sobie dorabiałam w drugiej pracy. Pensję i tak miałam żałosną, starczyło od pierwszego do pierwszego, na socjal zawsze byłam zbyt bogata (xD). Ale co jest ważne, robiłam tam dzikie maratony. Na przykład byłam 9-18 na uczelni, a 19-7 w pracy i to była noc z poniedziałku na wtorek.

Wtorkowe fakultety ustawiałam pod pracę, nie pod to, co mnie interesowało, bo potrzebowałam zaczynać o 14, aby się chociaż trochę wyspać. Rekordowo zrobiłam tam 58h bez snu biegając z pracy do drugiej pracy i na uczelnię. Też mnie tam dymano, bo zawsze byłam na najgorsze zmiany typu Sylwester, gdzie zmiana wynosiła już nie 12, a 14h i po tym Sylwestrze rzuciłam pracę w piździet. Już nie dawałam rady, ważyłam wtedy 46kg, rzygałam po wszystkim, co jadłam, na zmianie Sylwestrowej pod koniec zemdlałam.

Poszłam jeszcze na jedną nockę w styczniu, po niej współlokatorzy nie mogli mnie dobudzić – podobno się zrobiłam blada i zimna, ale jakoś mnie dobudzili xD Ja sama tę noc pamiętam tak, że się zapadałam przyjemnie w łóżko, ktoś coś do mnie mówił (i to nie był głos współlokatorów) i ogólnie to miałam ochotę się już nie budzić nigdy xd Tak czy siak, jak tylko trafiła mi się okazja zmiany roboty, przeszłam do gastro w towarzystwie narzekań szefowej i wyklinań na mnie, że „najwidoczniej się nie da pracować i studiować”. Da, ale z poszanowaniem mojego grafiku, a nie wkładaniem mi dzikich nocek pomiędzy najdłuższymi dniami zajęć z tekstem, że przecież te czaszki australopiteków to ja sobie mogę rysować o 3 w nocy, jak już nie ma gości i jest spokój.

I trafiłam do gastro januszexu. Zaczęłam robić dwunastki w weekendy na pojedynczej zmianie (!), gdzie jednocześnie ogarniałam bar, zmywak, robienie jedzenia i sprzątanie. Mordor za 13zł i fochy oraz pretensje, kiedy prosiłam o pomoc na zmywak, bo w momentach, w których musiałam zamykać bar i iść pozmywać gary, ludzie na mnie krzyczeli xD Albo nie ogarniałam dzikiej kolejki na wernisażach – to była kawiarnia w muzeum – i biegałam jak poj*bana w kółko między barem i zmywakiem, a ludzie się wściekali, kiedy brakowało mi naczyń. Do tego zbieranie garów ze stołów, przecieranie stolików (wiecie, że ludzie potrafią na stole zostawić pełną pieluchę dziecka?), dorabianie kanapek jak się skończyły blabla…

Cały czas szukałam czegoś innego i w każdej pracy mi dziękowali, bo nie chcieli studenta dziennego, który nie zrezygnuje ze studiów dla zajebistej pracy w kolejnym januszexie. Więc się tak trzymałam tam drugi semestr, potem lato i trzeci semestr. Przez lato trochę mnie zeżarła depresja, bo brałam dodatkowe zmiany w tygodniu, siedziałam cały czas sama, gadałam z ćmami na kwiatkach. Byłam już tak wykończona, że zdrowie mi siadało.

Oczywiście umowa zlecenie, więc nie ma czegoś takiego jak L4, nie pracowałam, to nie dostawałam wypłaty za dany weekend, a jeden weekend była moja kwestia „mam na czynsz lub nie”. Więc na przykład pracowałam z gorączką i na przeciwbólowych, po czym na takiej zmianie zasłabłam i poparzyłam dłoń wrzątkiem tak paskudnie, że skończyłam z palcem w szynie 😃 Nawet wtedy szef miał fochy, że chcę pomoc na zmywak, ale łaskawie mi kogoś przydzielił na „godziny szczytu”, skoro już śmiałam mieć palca w szynie i bandaż mi mókł przy myciu garów. Ochrona muzeum mi zmieniała te bandaże jak zamakały po ostatecznym sprzątaniu na koniec dnia, więc praca w kulturze, takie tam.

Dodam, że ja się uczę między innymi pod pracę w muzealnictwie, studiuję antropologię. Od magisterki działam w stowarzyszeniu, które remontuje poniemieckie cmentarze i planuję jeszcze iść na archeologię sądową podyplomowo, aby działać nie tylko przy remontach płyt, ale też w kryptach. Jest to moja największa pasja. Więc kiedy w tym muzeum po wakacjach trafił się wernisaż „przedwojenna antropologia Szwecji i III Rzeszy” byłam zachwycona, bo jeszcze wtedy pracowałam przy tłumaczeniach papierów o służbach bezpieczeństwa Rzeszy z Bundesarchive (oczywiście za darmo, bo w Polsce nikt za takie rzeczy nie płaci, to jak wpis do CV). A do tego zbieram przedwojenne ubrania (pisałam licencjat o ubraniach jako niemych świadkach historii, kapelusze z Holocaustu i takie tam) i z powodu mojego wyglądu organizatorka wernisażu do mnie zagadała, jak robiłam jej kawę.

I od słowa do słowa zaangażowała mnie w wernisaż, jak się jeszcze okazało, on sam był miejscem, gdzie studenci z trzeciego roku mojej katedry robili praktyki. Więc stwierdziłam, że okej, ja się i tak w czasie wolnym tylko takimi rzeczami zajmuję, mogę się pobawić. Przez miesiąc dla zabawy i własnej satysfakcji PO PRACY robiłam artykuł, wywiad naukowy (można było go odsłuchać na wystawie i dotyczył masakry w Babim Jarze, same urocze rzeczy, ilość zwłok tak duża, że ziemia falowała i wypływał spod niej „budyń”), a do tego muzeum wyraziło zgodę na sesję zdjęciową w moich ubraniach. Zaproponowała ją organizatorka. Odbyła się, stałam na wystawie na wielkiej sztaludze na zdjęciu o koncepcji przedwojennych pomiarów antropometrycznych. Jaka dumna z siebie byłam, to jest dokładnie to, co chcę robić zawodowo i do czego mam serce, a jakoś kuva nie mogę, chyba, że za darmo albo dopłacając do tego.

Nie muszę dodawać, że utarg w kawiarni na finisażu był z*jebisty, bo ludzie podchodzili do mnie widząc moje zdjęcie i słysząć mój głos, ledwo ogarniałam ten pierdolnik barowo-zmywakowy, ale kawiarnia zarobiła dwa razy więcej, niż w normalny weekend. Mogłaby zarobić i trzy razy więcej, gdybym dostała pomoc na zmywak, ale po co xD

Minęły dwa miesiące, mój szef oddał kilka punktów gastro (bo miał ich więcej w różnych muzeach) żonie. Przychodzę sobie którejś soboty do pracy, a tam jakaś laska rozstawia rzeczy do lodówek i mówi, że ona tu pracuje 🙂 Pomoc dostałam? Nie, ona sama pracuje. Dzwonię do managera, ten nic nie wie. Pytam na recepcji, ochrony, nikt nic nie wie. Manager dzwoni do szefostwa, a szefowa akurat u mnie na punkcie. Znalazłam ją, nie chciała ze mną gadać. Zaczęłam pytać o cholerę tutaj chodzi, a ta wręcz wysyczała mi, że już nie pracuję. A umowa? Umowa-srumowa, wywaliła też managera, a to z nim miałam umowę podpisaną 🙂 Wściekłam się, dopytuję za co i wtedy padły słowa, których do końca życia nie zapomnę:

„Nie potrzebujemy tu ambitnych studencików i pustych laleczek puszących się ubraniami.”

Kurtyna. Na moje miejsce zatrudniła dziewczynę z Kolumbii, której dała nie 13, a 12zł na godzinę i wyznaczyła jej dress code czarnych rurek oraz białej koszuli. Laska ledwo mówiła po angielsku, po polsku nic, ja znałam angielski i niemiecki, a że miasto przygraniczne, to połowa gości była z Niemiec 😛 Manager się dowiedział ode mnie przez telefon, że też wyleciał.

Ale się wściekłam niesamowicie, że ZNOWU wszystko, co robię naukowo, zostało spłycone do „puszenia się ubraniami”. Człowiek siedzi całe dnie z łopatą w dole, zdziera sobie kostki na palcach przy szczotkowaniu mchu z płyt nagrobnych, a ostatecznie i tak usłyszy, że jest pustą dziuńką w ładnych sukienkach. Zawsze to samo xd

Zostałam na miesiąc bez pracy, ale wypłaty nie miałam za dwa miesiące. PIP nic nie ugrał, nie udało mi się też spotkać z dyrektorem muzeum, a to wykładowca na moim uniwerku (u historyków sztuki) – zrobiłam tylko chryję u siebie na katedrze, która nic nie dała, poza otwartym oburzeniem. Dzwoniłam gdzie się da, rozsyłałam CV, z desperacji rozważałam powrót na nocne wykładanie towaru w lumpie, chociaż dalej z moim zdrowiem było źle. Gdyby nie przysłowiowe „mamo daj”, nie miałabym na czynsz. Otatecznie kolejną pracę znalazłam po znajomości.

No i co, wyleciałam jako zbyt ambitny studencik 😛 Nie mam farta do prac studenckich, wszędzie każdy ode mnie oczekuje statusu studenta mając problem z tym, że ja faktycznie studiuję, że mam stowarzyszenie i ogólnie kocham to, czego się uczę i naprawdę wiążę z tym przyszłość zawodową.

W zawodzie niestety na razie nie pracuję, bo dopiero jestem na magisterce, a etaty w muzeach to też 8-16, co odpada przy studiach dziennych. Jakieś zlecenia wyglądają niestety tak, że na przykład oczekują od Ciebie wyjazdu na X czasu na drugi koniec kraju, oferują jedynie zakwaterowanie, ale wyżywienie, przejazdy i sprzęt to własny zakres. Wypłaty oczywiście nie ma xD I w takich warunkach „pracodawca” oczekuje przeprowadzenia kompleksowych badań archeologicznych z dokładnym opisem. Gdzie ja jestem na razie antropologiem po licencjacie, nie archeologiem i mogę robić ewidencje, ale nie profesjonalne wykopy bez nadzoru archeologa i nie jako PRAKTYKĘ STUDENCKĄ xD

Serio, taką głupią ewidencję na cmentarzu robi sztab ludzi, nie da rady tego ogarnąć jeden student pod pretekstem praktyki, bo ja fizycznie nawet bym nie wytargała na plecach spod ziemi płyt ważących po 300kg i lepiej. To robią koledzy i to też nie sami, a czasem w sześciu xD Cokół na zdjęciu ważył dwie tony i był wyciągany stalową liną oraz pasami, które widać za mną na drzewie. A do takich prac jest potrzebny archeolog, konserwator, antropolog kulturowy lub etnograf/etnolog (to ja), antropolog fizyczny lub archeolog sądowy (to będę ja za rok), tłumacz z niemieckiego (ja), kamieniarz/budowlaniec i nie wiem, chemik kutva, bo czasem się bawimy kwasami, które potrafią wypalić dziurę w kości.

Tylko że temu sztabowi ludzi trzeba by adekwatnie zapłacić za wykonaną pracę.
Dla porównania, w Niemczech znalazłam podobną praktykę zwaną praktyką, praca na archiwach dotyczących Holocaustu po polsku i po niemiecku. Praca na 8 miesięcy, 8-16, 5 dni w tygodniu i wypłata 13 euro z hakiem. Żałowałam, że mnie studia ograniczyły, bo gdybym już była po nich, to bym się nad tym wyjazdem do Berlina nie zastanawiała ani przez chwilę.

A paradoks mojej dziedziny polega na tym, że wszystko, co jest punktowane w CV, jest dla studenta bezpłatne. Oczywiście +1000 do z*jebistości daje mi stowarzyszenie, które kocham całym serduszkiem i któe daje mi dużo (np. dyplom z praktyki kamieniarskiej), ale robię te rzeczy wolontaryjnie i w weekendy. Sprzęt sami ogarniamy, wszystko sami robimy i za wszystko płacimy. Tak samo ten wernisaż, moje tłumaczenia papierów z BA, praktyki muzealne, artykuły o mnie w gazetach za kolekcje ubrań przedwojennych – masa rzeczy, które są w CV super i na które z uznaniem kiwa głową szef w rewirach, gdzie chcę pracować. Spoko, że gazety chcą o mnie pisać, ale już jestem zmęczona tym szczerzeniem się do zdjęć i „ojeju jakie ma pani cudowne hobby, taka młoda osoba, a taka ambitna”, skoro nie mogę swojej ambicji wykorzystać w pracy.

A wszystko, co mi dawało pieniądze na studia, jak hotelarstwo, drogeria, gastro, IKEA, praca z dziećmi, księgowość, to jest nic nie warte z punktu widzenia rewirów muzealniczo-historyczno-archeologicznych. Równie dobrze mogę tego do CV nie wpisywać. Cóż, gdybym mogła, to bym trzaskała wernisaże i tłumaczenia jedno po drugim, ale pieniążki też trzeba mieć, aby studiować.

Polska jest patologicznym krajem 😃

MOŻE CI SIĘ RÓWNIEŻ SPODOBAĆ:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

DODAJ SWOJĄ HISTORIĘ

Najpopularniejsze z 7 dni

NAJNOWSZE KOMENTARZE