Pięć lat temu zatrudniłam się w niewielkiej firmie. Pracowałam w handlu, w salonie sprzedaży. Branża, którą znałam i lubiłam, całkiem fajne pieniądze na start, wyluzowani szefowie, zgrany zespół – no cud. Regularne spotkania i wyjazdy integracyjne, jedna wielka rodzinka. Każdy prócz swojej pracy w salonie miał też jakąś działkę pracy pseudoadministracyjnej.
Firma się rozwijała, powiększyła, zamówień i pracy przybywało. Po dwóch latach dostałam intratną propozycję: zdecydowali się utworzyć odrębne stanowisko właśnie dla tych wszystkich spraw papierkowych (płatności, dostawy, reklamacje) i widzą na nim mnie. Lepsza kasa, brak kontaktu z klientem, więc nie przejmowałam się długo.
Zmieniłam też samo miejsce wykonywania pracy – przeszłam do innego salonu, gdzie „z przodu” normalnie odbywała się sprzedaż i obsługa klientów, a ja miałam swoją kanciapkę z tyłu. Trafił mi się też spoko współpracownik, również zastępowaliśmy się: w razie jego nieobecności obsługiwałam klientów, jeśli nie było mnie, to on zajmował się moimi obowiązkami. Nie mieliśmy z tym problemu, zwykle wcześniej między sobą informowaliśmy się, że może nas nie być, gorzej się czujemy, spóźnimy się, cokolwiek, byliśmy z tym wobec siebie w porządku.
Nadszedł okres gorący w naszej branży, telefonów, zamówień i klientów coraz więcej. Tymczasem rozchorował się jeden ze współwłaścicieli firmy i co za tym idzie mój współpracownik z dnia na dzień został oddelegowany do zastąpienia go, a ja zostałam postawiona przed faktem dokonanym, że najbliższe tygodnie, bliżej nieokreślone, spędzę tyrając za dwóch.
No i się orka na ugorze zaczęła. Robota paliła się w rękach, nie wiedziałam jak się nazywam, nie wyrabiałam się z niczym totalnie, pracowałam czasem po 10 godzin dziennie żeby wszystko względnie ogarnąć. Złożyło się to w czasie z gorszym samopoczuciem i obniżonym nastrojem. Dosłownie płakałam między klientami i między telefonami. W trybie ekspresowym umówiłam się do psychiatry, poszłam na dwutygodniowe zwolnienie (jako że ślub był za pasem, nie uśmiechał mi się szczerze dłuższy pobyt na zwolnieniu i dostawanie 80% pensji).
Wróciłam po dwóch tygodniach. Okazało się, że przez ten cały czas w zasadzie nikt nie robił mojej roboty (tylko tak o tyle o ile) a i nie zmieniła się sytuacja dotycząca mojego coworka, dalej robi jakieś inne zadania, a ja mam siedzieć i robić za dwóch. Zagryzłam zęby, ale wszystko wróciło. Zaczęłam się po prostu bać, że przy tej ilości pracy zaraz zrobię jakiś błąd, coś będzie nie tak… Powiedziałam szefostwu, że nie wyrabiam i czy możemy usiąść do stołu, znaleźć jakieś rozwiązanie.
Znaleźli. Wypowiedzenie. Po trzech latach (i umowie na stałe!) dostałam wypowiedzenie. Powód wpisany w wypo to „zaniedbanie obowiązków pracowniczych”. Cała rozmowa wyglądała tak, że oni widzą, że mam problem i powinnam zadbać o siebie i że oni dają mi tę możliwość, zwalniając mnie wraz ze zwolnieniem z obowiązku świadczenia pracy. Poryczałam się wtedy jak ostatnia idiotka.
Plot twist tej historii jest taki, że po zwolnieniu mnie moje obowiązki przejął jeden z szefów. Po dwóch tygodniach ujrzałam na olx ogłoszenie o pracę z tejże firmy – w zasadzie do tego, co ja robiłam w pojedynkę, szukano dwóch osób.



