środa, 17 sierpnia, 2022

Radcowie prawni

Kilka lat temu (2018) musiałem awaryjnie zmieniać rabotaju po wieeelu latach i szukałem czegoś na 1/2-3/4 etatu. To był mój pierwszy od lat kontakt z rekrutacjami prawniczymi i właściwie pierwszy prawdziwy – moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w 2015 roku po 7 latach pracy doprowadziła mnie do partnera w tej firmie, więc miałem SPORO szczęścia… po tym co przeżyłem xD

Kancelaria oczywiście mieszana w częstym wariancie, notariusz-radca. Małżeństwo. Odj*bane lokum, no generalnie to nie są biedni ludzie. Miałem być jedynym jej (baby) radcy pracownikiem. W praktyce miałem robić… wszystko, od porad, po spotkania, negocjacje, opiniowania, pozwy/wnioski i oczywiście do reprezentacji sądowej. Ale myślę se OK, w drugiej firmie też robię wszystko, więc się wyrobię.

No i baba godzinę się spuszcza jakie piękne CV mam i w ogóle i jak bardzo by chciała, bym był jej prawą ręką, przeżywał z nią sukcesy i porażki (to w miarę dosłowne cytaty).

Wspaniałomyślnie za 3/4 etatu zaproponowała mi… 1500 netto ❤

Zgodziłem się, bo mnie trochę cisły wydatki. Ale tak właśnie dyma się aplikantów.
Anyway misie, gdyby to była praca/zlecenie/cokolwiek takiego. Ale nie. Prawdziwy prawnik to prawdziwie prawnicze rozwiązania. Więc co tydzień podpisywaliśmy nową (!) umowę o dzieło na sporządzenie utworów z przeniesieniem praw do tych utworów. Tak, utworami były pisma sądowe czy opinie 😃 Dlaczego? Bo taka umowa wtedy była na właściwie zerowym oZUSowaniu i miała praktycznie żadną różnicę między netto-brutto. Za to co tydzień musiałem fałszować listę „utworów” i wpisywać tak z ~2-3, bo inaczej skarbówka mogłaby mieć wrażenie, że dochody są ukryte i jest płacone pod ladą, bo za takie pieniądze takie pisma nie powstają 😃

Notabene obiecała oczywiście premie okolicznościowe. Żadnej nigdy nie widziałem ❤
Ale dlaczego miałem fałszować papiery? Bo w danym tygodniu nie było 2-3 rzeczy do napisania, tylko lekko z 5 razy więcej. Zapi*rdalałem przez całe sześć godzin jako jej jedyny pracownik, a ona… w sumie nie wiem co robiła, bo widziałem w miarę obrót firmowy i za 3/4 roboty odpowiadałem ja. Ona mnie tylko poprawiała w jakimś tam zakresie i się sapała, że coś się jej nie podoba.

Wyjątek: spotkania z klientami. Tych prawie nie miałem na miejscu (na miejscu to słowo klucz), bo… ona szybko się zorientowała, że mam gadane i nawiązuję nić porozumienia z klientami, więc bała się, że będą mi płacić pod ladą albo mi ufać bardziej niż jej. Więc mnie odsunęła od tej roboty, co wszakże obfitowało potem w rozliczne problemy.

Protip: jak idziecie do prawnika to upewnijcie się, że osoba która będzie robić wasze rzeczy jest obecna na spotkaniu (nawet jeśli to praktykant). Wynika to z faktu, że notatki – zwłaszcza nieczytelne i na odpi*rdol – bez kontekstu spotkania face to face prowadzą często do błędów, bo osoba pisząca pismo nie do końca właśnie orientuje się w kontekście sprawy. Nie jeden raz utrudniliśmy życie klientowi przez to, bo ona zapomniała mi na przykład czegoś przekazać, albo klient na spotkaniu powiedział coś dla niego istotnego, co nigdzie nie było zanotowane xD

Do tego ona próbowała zrobić wrażenie, że jako jedyna coś robi w tej firmie, więc była absolutnie spanikowana, że ja miałbym się pod czymś podpisać, bo jeszcze byłoby wrażenie, że to nie wielka mecenas coś zrobiła!

Tymczasem jej firma była, jak to się pisze w ogłoszeniach, „prężnie rozwijającą się kancelarią”, więc miała… biuro zamiejscowe. W innym województwie, choć nie jakoś uber daleko. I w tamtej firmie pracował chyba jedyny prawnik na tamtym zadupiu, czyli inny niż ja. Oczywiście jak dostał się na aplikację porzucił szybko swego pana, o czym szefowa nie raczyła mnie zawiadomić. Więc – to chyba był „Pan Bartek”… „wyjechał na urlop”. Jego urlop się długo przeciągał. Tak tygodniami. Nigdy mi nie przyznała, że gość odszedł, bo byłby to dla niej wstyd xD

Więc okazjonalnie zacząłem tam jeździć za nią. W sensie dość szybko, bo tak ~2 tygodnie wytrzymała sama pracując. Ah, zażyczyła sobie, że tam musi się biuro otwierać o 8 rano. Myślałem, że to tymczasowe, więc nawet się zgodziłem. Wymagało to ode mnie wstania o ok. 5:45, żeby dotrzeć na dworzec i dojechać na to zadupie. Dodam, że tradycyjnie pracuję na późniejsze godziny, bo taki mam organizm (11-19 t o optimum). Oczywiście zaczęło mnie to zajeżdżać zdrowotnie, ale przede wszystkim nie zmieniła się ni ch*ja kwota wynagrodzenia za 4h podróży dziennie extra. Za to były problemy (sapanie) ilekroć zgubiłem paragon za przejazd autobusem, bo generowałem stratę firmy na 12zł, której nie dało się odpisać ❤ Oczywiście były groźby, że następnym razem odejmie mi to od wypłaty.

Ten „urlop pana Bartka” był zabawny o tyle, że urlopu nie było. Spędziłem na bezpłatnym wolnym bodajże 2 dni i 2 inne chorowałem też nie mając właściwego L4. Na końcu historii rozliczyła je ze mną co do godziny, nawet miała to zanotowane w odmętach kajeciku ❤ Ah, oczywiście za każdy dzień było też sapanie. Dosłownie usłyszałem przez telefon, że „38 stopni i ogólne rozbicie to nie podstawa do tego, żeby nie pracować w naszym dynamicznym zawodzie, tu trzeba być silnym jak rodząca kobieta”. Do tego czasu myślałem, że mem ze spalonym Skywalkerem to jest oderwany od rzeczywistości xD

Wróćmy do wyjazdów. To w ogóle była dobra akcja. Bo ona chciała być pewna, że jestem na miejscu i pracuję (!). W sensie, że np. nie bawię się chyba telefonem albo coś. Dodam, że to detal w naszym zawodzie, bo pracujemy zadaniowo, więc ważne jest byleby było na czas i zrobione dobrze.

Także szefowa miała w tamtym miejscu KAMERKĘ z widokiem na biuro, z którą łączyła się ze swojego laptopa i nie zawiadamiała naturalnie, że podgląda se pracownika xD Nie wspominam, iż potrafiła dyrygować spotkaniem tak, że mi pisała na mój telefon co mam teraz powiedzieć klientowi i słuchała efektów na kamerce. Czemu nie porozmawiała z nim przez telefon??? ¯\_(ツ)_/¯

Miałem z nią też trudną rozmowę. W jednym mailu gdzie wymienialiśmy się koncepcjami prawniczymi debatując nad pismem, podałem jej tzw. komentarze (książki mądrych prawników analizujących praktykę stosowania przepisu) i rzuciłem w mailu: „wygląda na to, że miałem rację”. Następnego dnia baba wzięła mnie na godzinną rozmowę dyscyplinującą, żebym się „utrzymał w jej firmie”. Jej zdaniem pracownik nie może tak mówić szefowej, bo jak to wygląda? O.O

To było dosłownie jedno zdanie, takie jak zacytowałem.
Pracowałem u niej 6 miesięcy. TYLKO 6 MIESIĘCY. Nie wiem co mnie skłoniło, żeby przeżyć to gówno, ale to był chyba najbardziej simpiarski okres mojego żywota i do teraz mi wstyd.

Już pół biedy doświadczenia do wódki z wczesnych lat praktyki.

Pamiętacie jak mówiłem, że ona bała się, żeby gdzieś się za nią podpisać? To nie była prawda, jeśli robić to „dosłownie”. Czyli sfałszować jej podpis xD

Baba źle rozumiała przepisy o poświadczaniu dokumentów przez radcę, który to jest funkcjonariuszem publicznym. Poświadcza się dokumenty w kopii do sądu, a w pozostałych przypadkach tylko pełnomocnictwo procesowe musi być poświadczone dla przeciwników. Ale ona bała się odrzucenia wniosku. A to był wniosek na ~150 stron i w sprawie było ok. 20 uczestników. Każdy musi dostać kopię, takie przepisy. Czyli ~3000 kartek trzeba było ogarnąć.

Wiecie, gdzie to zmierza. Tak, baba się uparła, że KAŻDA musi być poświadczona (data, podpis ręczny i miejsce). Tak, stwierdziła że mam to za nią sfałszować. W sensie za nią w moim normalnym toku pracy (obok innych obowiązków) podpisać 3 tysiące stron i je obić. To było koło ~20 grudnia. Wszyscy chcieli jechać na święta. Powiedziała mi, że jak zdążę tak do jutra popołudnia ze wszystkimi obowiązkami to mogę jechać.

Przeżyłem już wtedy załamanie nerwowe z przepracowania i powiedziałem jej, że po prostu jadę i wracam 2 stycznia.

2 stycznia wróciłem i zastałem młodą dziewczynę – moje zastępstwo ❤

Zostałem zwolniony za niepodbicie tych stron i to był naprawdę dobry dzień ❤

Skutek: miałem załamanie nerwowe i zaburzenia neurologiczne z tytułu przepracowania, 2 lata siedziałem na Citalu nim go odstawiłem, a do kolejnej pracy zbierałem się 2 miesiące (żeby w ogóle zaaplikować) a z domu wychodziłem tylko po zakupy.

Tego mi szkoda, ale najbardziej czegoś innego. Jej posrane braki urlopowe sprawiły, że nie pojechałem z przyjaciółmi na Mazury na domki, a do teraz na wspólnych imprezach wspominają te wakacje jako najlepsze w życiu ;__;

Tak więc miśki uwierzcie mi, zawody prawnicze zwłaszcza dla aplikantów to nieprawdopodobne nadużycia są i powszechny mobbing. Czasem akcje różnych majstrów na budowach, o których tu czytam to są wręcz wzorowe. Mobbing był jak najbardziej poza tym co pisałem. Używając określenia „sapanie” mam na myśli gadkę, że jestem słabym prawnikiem, że się nie nadaję, że rujnuję jej firmę, tego typu rzeczy.

Na szczęście pracowałem może w 4 kancelariach łącznie i taki stopień patologii był tylko u niej.

To koniec historii, poniżej dla ciekawskich jeszcze wspominki.

Addendum:

Ale kto się śmieje, ten się śmieje ostatni. Wygrywam przeciwko niej aktualnie sprawę, a mój klient bardzo jest zadowolony i bardzo dobrze płaci. Za to jej klient usłyszy o jej błędach po wyroku, zapewniam :3

Ona była w ogóle niezłym, nieogarniętym aparatem. Obok licznych przypałów mój ulubiony jest taki, że musiałem wytrzymać atak jej własnego klienta, który został przez nią… pozwany i dostał nakaz zapłaty XD Nie regulujcie odbiorników. Baba nie pokojarzyła, że obsługuje Jana Kowalskiego, i jak przyszedł Jan Nowak z prośbą o pozew przeciwko Kowalskiemu, to pieniądz nie śmierdzi – pozwała go i nie pokojarzyła ludzi xD Notabene to dość potężne naruszenie etyki zawodowej i można za to spaść z rowerka.

Baba jak mówiłem mi płaciła 1500 za 3/4 etatu, jej realny koszt to ~1800 było, czyli przy pełnym ok. ~2200. Miesięcznie oczywiście. Skąd miała takie hajsiwo? Bo waliła na hajs biedaków. Obsługiwała głównie ludzi ze wsi (stąd ta druga kanca na zadupiu) i rolników, gdzie radca prawny to jest przysłowiowy „ktoś”. I tego kogoś się słucha jak w kościele. I jak za stwierdzenie nabycia spadku ona brała 2000 i dalsze 300 za każdą rozprawę (!) to tamci płacili. Tak, za sprawę wniosku na 3 strony i 15 minut rozprawy brała od rolnika 2 tysiące. A takich spraw mogło być nawet jedna dziennie. Policzcie sobie 🙂

Zdradzę rąbek tajemnicy zawodowej: w bogatym mieście wojewódzkim tak proste wnioski spadkowe robimy nieco poniżej tysiąca, i to z uwzględnieniem aktualnej, dzikiej inflacji. Zwłaszcza jak klient sam biega do USC po papiery.

MOŻE CI SIĘ RÓWNIEŻ SPODOBAĆ:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

DODAJ SWOJĄ HISTORIĘ

Najpopularniejsze z 7 dni

NAJNOWSZE KOMENTARZE